ALE JAZZ RESTAURACJA PIZZERIA W SŁAWIE

 Ale Jazz restauracja pizzeria w Sławie  


W miniony weekend udaliśmy się z mężem na obiad do restauracji pizzerii Ale jazz do Sławy, oddalonej od Zielonej Góry około 60 km. Przed lokalem widnieje tablica, że, w tym miejscu zjemy pizzę na zakwasie, której cykl przygotowania trwa 48h. Byliśmy jej bardzo ciekawi. Przyznam się, że w naszej okolicy mam niewiele propozycji zjedzenia dobrej pizzy neapolitańskiej, która trafiłaby do mnie tak w 100 %.

W drzwiach przywitali nas właściciele zapraszając do zajęcia miejsc jak najbliżej baru i kuchni, aby móc z nami rozmawiać. Okazało się, że lokal prowadzi rodzina, która przeniosła się na pojezierze lubuskie z Wałbrzycha. Kuchnia tworzona jest przez niewielki zespół pasjonatów - szefa kuchni Alana i Jego dziewczynę Patrycję oraz rodziców - państwa Wilemberg.  Naprawdę panuje tu rodzinna atmosfera.

Opowiedzieli historię swoją dlaczego akurat to miejsce wybrali. Okazało się, że przyjeżdżali w młodości na wakacje nad jezioro do Sławy i to miejsce ich tak urzekło, że postanowili tu się osiedlić. I tu rozpocząć swoją przygodę z manufakturą pizzy i makaronu. Dzięki temu my zyskaliśmy na mapie miejsce z naprawdę dobrym jedzeniem. 

Zjemy tu pizzę przygotowaną zgodnie z tradycyjną recepturą, na bazie włoskich produktów. Jak mówi szef kuchni : "nasze ciasto to wielka magia, kulinarny level hard, liga mistrzów. Cieniutkie, przez które widać jezioro Sławskie i co najważniejsze nie rozrywa się. Jednym słowem idealne." Potwierdzam :-)

W menu każdy znajdzie coś dla siebie. Od klasycznej Margherity, po bardziej wyszukaną propozycję z rukolą i karmelizowanym burakiem (idealnie doprawioną). Są pizze  na bazie sosu pomidorowego oraz sosu białego (Salsiccia Bianca z polską białą kiełbasą czy wspomniana wyżej wegetariańska Capra Rossa). Dodatkowo możemy sobie zażyczyć dodatek sera burrata czy do polania smakowe oliwy, które są umieszczone w fajnych puszkach. Detale robią wrażenie:-)


Na osobną pochwałę zasługują makarony wytwarzane własnoręcznie w kuchni Ale jazz. Do jesiennego menu trafiło m.in.Tagliatelle z leśnymi grzybami, które  jak dla mnie ma wszystko pod sobą. Namiętnie zbieram i przygotowuję grzyby, dlatego też tym daniem kucharz trafił w mój czuły punkt i rozpieścił moje kubki smakowe. 

W karcie mamy wybór pomiędzy rigatoni, pappadrelle, taglitelle kończąc na pierożkach ravioli. Powiem Wam jedno - pasty przyrządzone są tak, że włoska mamma nie miałaby się do czego przyczepić. Serio:-)

Podsumowując nasz wypad do Sławy - absolutnie polecam to miejsce. Jak dla mnie przywodzące na myśl włoską trattorię z bardzo smaczną kuchnią. I nie jest ważny design i sztywne obrusy, ale to, co jest na talerzu. Pragnę podziękować szefowi kuchni i całemu  zespołowi za miłe przyjęcie, doskonałą rodzinną atmosferę i przede wszystkim ucztę smakową. Dobrze i pysznie karmią! Nie byliśmy w stanie przejeść wszystkiego, ale dzięki uprzejmości pani Doroty, która zapakowała nam, to co zostawiliśmy na wynos, mogliśmy skończyć resztę na kolację.  I na pewno wrócimy do Ale Jazz, bo warto:-) 

Ale Jazz restauracja pizzeria
ul Parkowa 1 C
Sława
woj. Lubuskie 

* Wpis powstał w ramach współpracy

 


Kulinarny prezent marzeń. Romantyczna kolacja dla dwojga.

Kulinarny prezent marzeń wpadł mi do głowy, gdy przeglądałam portal Prezent Marzeń.

Pewne jest to, że taki upominek zadowoli każdego, kto lubi zjeść. No my lubimy :-)  Dlatego szukając czegoś atrakcyjnego wymyśliłam kolację romantyczną dla dwojga w naszej zielonogórskiej Winiarni Bachus. To był strzał w 10. Spędziliśmy naprawdę uroczy wieczór z jakże smakowitymi daniami i serwowanymi winami z lubuskich winnic. Lokalizację wykorzystania voucheru wybrałam w naszym mieście, gdyż w obecnej sytuacji pandemicznej wolałam nie przemieszczać się poza nasz region. Aczkolwiek kusiły mnie bardzo atrakcje podniebienne w innych punktach kraju. Przeglądając portal selekcję skierowałam głównie na dział Kulinaria i Degustacje. Przykładowe prezenty były takie:

  • kolacje romantyczne dla dwojga w restauracjach zlokalizowanych w różnych regionach Polski,
  • degustacje whisky, wina czy piwa,
  • kurs sushi,
  • warsztaty kulinarne,
  • szkolenia baristów, barmanów i sommelierów
  • kursy warzenia piwa,
  • kursy serowarskie.

Naprawdę jest w czym wybierać, a obsługa portalu Prezent Marzeń doradzi profesjonalnie i wskaże nam najlepsze propozycje.

Sałatka wiosenna i 4 urodziny bloga z konkursem w tle:-)


Tą wiosenną sałatką chciałam uczcić 4 urodziny Zacisza. 
Ten czas tak szybko leci. Nie wiem kiedy to minęło...
Bardzo się cieszę, że jestem z  Wami i mam nadzieję, że jeszcze niejedno danie wspólnie przejemy;-) Mam w głowie mnóstwo pomysłów, chcę się rozwijać, a ten blog daje mi takiego kopa i jest kołem napędowym  do gotowania i fotografowania dla Was:-) 
Dostaję od Was sygnały, że to co robię  ma sens, a to z kolei jest dla mnie zastrzykiem energii - takie sprzężenie zwrotne:-)


Składniki:
  • kilka listków sałaty,
  • 1 avocado,
  • kilka rzodkiewek,
  • 1 ogórek wężowy lub gruntowy,
  • bratki,
  • kiełki  (u mnie rzodkiewki),
  • sok z cytryny - kilka kropel,
  • kawałek twardego sera ( u mnie owczy Manchego),

sos bazyliowy:
  • 50 ml oliwy z oliwek,
  • kilka kropel octu z białego wina,
  • pół łyżeczki miodu,
  • pół łyżeczki musztardy dijon,
  • można dodać odrobinę wody,
  • posiekana gałązka bazylii,
  • sól do smaku. 
     
Przygotowanie:

Avocado pokroić w kostkę, skropić sokiem z cytryny. Rzodkiewkę, ogórka  pokroić  w plasterki, a ser w kostkę.  Ułożyć na talerzu wszystkie składniki. W słoiczku lub w shakerze do sosów wymieszać wszystkie składniki sosu. Osobno podać, żeby każdy sam sobie polał przed spożyciem.


I na koniec niespodzianka z okazji urodzin bloga. 
Miło mi, że świętować ze mną chciały firmy Lubella i Kupiec, które przygotowały niespodzianki dla Was kochani z tej okazji. 


Zadanie konkursowe:
Proszę o podanie propozycji urodzinowej. Może to być dowolne danie lub deser, które mnie zauroczy i będzie dla mnie inspiracją.
W komentarzu poniżej napisz przepis  lub jeśli chcesz odpowiedź możesz także wysłać na maila marzena51@op.pl
  Najbardziej twórcze odpowiedzi zostaną nagrodzone, mile widziane będą również zdjęcia :)  Każdy uczestnik konkursu może podać jedną propozycję. Proszę nie zapomnij  podpisać się i zostawić swojego adresu mailowego. Biorąc udział w konkursie wyrażasz zgodę na publikację Twojej wypowiedzi (ewentualnie zdjęcia) w przypadku wygranej na blogu zaciszekuchenne.blogspot.com

Będzie mi bardzo miło, jeśli polubicie  Zacisze kuchenne na FB lub zaczniecie go  obserwować tutaj, jednak nie jest to warunek wzięcia udziału w konkursie:-) 

Zachęcam również do polubienia profilu  sponsorów Lubella i Kupiec.
Regulaminem konkursu:
1) Organizatorem Konkursu jest autorka bloga zaciszekuchenne.blogspot.com Marzena Duda, zwana dalej Organizatorem. Sponsorem nagród jest firma Lubella i Kupiec.
2) Konkurs zostaje przeprowadzony w terminie od dnia dzisiejszej publikacji tj. 28 maja 2016 r. do 10 czerwca 2016r. do godziny 23.59.
3) Każdy uczestnik może zgłosić tylko jedną odpowiedź.
4) Spośród wszystkich zgłoszeń Organizator wybiera 3 najlepsze odpowiedzi, które będzie oceniał pod względem inspiracji do przygotowania urodzinowego dania .
5) Autorzy 3 pierwszych miejsc otrzymują  zestawy produktów marki Lubella i   Kupiec.
6) Nagrody zostaną wysłane na koszt Organizatora, tylko na terenie Polski.
7) Wyniki zostaną ogłoszone na blogu  zaciszekuchenne.blogspot.com  do 7 dni po zakończeniu konkursu. Zostaną także wysłane powiadomienia drogą mailową.
8) Na dane adresowe zwycięzców czekam 7 dni dni od ogłoszenia wyników. 



Master Chefs 4 dogs VI edycja w Zielonej Górze - relacja


25 kwietnia w Zielonej Górze w NO.BO BISTRO w galerii Grafitt miało miejsce niezwykłe wydarzenie kulinarne - Master Chefs 4 dogs .
Szefowie kuchni znani z programów takich jak Top-Chef, Master Chef czy Hell's Kitchen, ale też szefowie niezwiązani z programami pod kierownictwem Marcina Kaczmarka-Pielina, głównego organizatora i mentora, gotowali dla bezdomnych zwierząt. Była to już 6 edycja tego przedsięwzięcia i tym razem wszystkie dary zostały przekazane na rzecz schroniska dla bezdomnych zwierząt w Zielonej Górze.


Ta akcja charytatywna organizowana jest w różnych miastach, spotyka się z pozytywnym odbiorem zarówno darczyńców, jak i organizatorów.
Jest świetną okazją nie tylko do kontaktu z wyśmienitymi Szefami kuchni, ale także do zrobienia zdjęć, zdobycia autografów czy na wymianę poglądów. Świetnej zabawie przyświeca szlachetny cel.
Muszę przyznać, że byłam bardzo mile zaskoczona atmosferą towarzyszącą wydarzeniu. Kucharze byli bardzo otwarci i kontaktowi. Widać, że są to ludzie, których łączy wspólna pasja, chcący się nią dzielić z innymi. Zarażali świetnym humorem i dbali o nasze podniebienia.


Ilość przygotowanych dań była imponująca. Skosztować można było przystawek: dwóch rodzajów zup, mięsiwa serwowanego na ciepło i zimno, doskonale skomponowanej sałatki oraz humusu z chrzanem i czarnuszką. Naszym faworytem było danie główne -  pieczone żeberka, które wręcz rozpływały się w ustach. Nic dziwnego. Okazało się, że kucharze przygotowywali je do późnych godzin w dzień przed imprezą. Dopełnieniem uczty był sernik podany z sosem owocowym.
Na zdjęciach poniżej są potrawy, których próbowaliśmy:-)





Każdy mógł znaleźć coś dla siebie, a przy tym zrobić coś dobrego i pomóc bezdomnym zwierzakom. Bardzo szczytny cel. Oby takich akcji było więcej w naszym mieście. Mam nadzieję, że ta pierwsza będzie kontynuowana, czego sobie i zwierzakom z zielonogórskiego schroniska życzę;-)





Przy garnkach i patelniach stanęli:

Marcin Kaczmarek-Pielin

Patryk Dziamski

Maciej Ostrowski 

     Paulina Kantak 
Katarzyna Rajkiewicz
Arkadiusz Klimkiewicz

Tomasz Sowiński




Restauracja Meltemi w Warszawie


Agnieszka Kręglicka, odkąd pamiętam, była moim guru kulinarnym  i przewodnikiem  duchowym, który mi otwierał bramy kuchennego świata.  Dzięki cyklicznym felietonom w Wysokich Obcasach chłonęłam Jej  filozofię kulinarną. Czekałam z niecierpliwością na kolejny artykuł , który ukazywał się w gazecie  co drugi tydzień. Dzięki Niej włoskie piramidki z bakłażana smakują każdemu, któremu je zaserwuję, a  prawdziwki z gremolatą połechtały niejedno podniebienie moich gości.  Tak naprawdę zapoczątkowała moją kulinarną przygodę, którą teraz dzielę się z innymi. Choć nie ukrywam, że  „ojców” mojej pasji było więcej;-)
Chciałam skonfrontować moje oczekiwania i wyobrażenia z rzeczywistością i przy okazji pobytu w Warszawie na warsztatach czekoladowych w lutym, namówiłam znajomych, aby udać się do jednej z restauracji Kręglickich. Wybór Meltemi był zupełnie przypadkowy. Zaskoczyło mnie jej położenie na środku osiedla.  Mieliśmy trudności z zaparkowaniem auta, a parkingu strzeżonego w bliskiej okolicy nie ma.  Przezornie zrobiliśmy rezerwację  stolika na daną godzinę.  I jak się później okazało większość miejsc miało takową rezerwację.  W restauracji  jest dość głośno i gwarno, ale nie za sprawą greckiej muzyki, a dziecięcych odgłosów, bo tawerna  ma status przyjaznej dzieciom. W weekendy często  są tam organizowane urodziny i chrzciny, jest animacja dla najmłodszych. Świetne rozwiązanie dla tych rodziców, którzy chcą przez chwilę posiedzieć przy stoliku bez swych pociech. Czyli warto się na to przygotować wybierając to miejsce;-)




Pierwsze wrażenie - wnętrze w iście nadmorskich klimatach i z  akcentami typowymi do uwiarygodnienia ich greckości;-). Dość surowy i oszczędny wystrój  bardziej przypominający grecką tawernę, ale estetyka jest rzeczą umowną i nie każdemu jednakowo wszystko musi się podobać;-) Widocznie tak chcieli to pokazać właściciele. I nie mnie to oceniać. Bardziej interesowała mnie zawartość karty;-).

Obsługa bardzo sprawna i pomocna, szybka i uśmiechnięta. Na naszą prośbę na zamianę stolika na większy zorganizowali dodatkowy stół. Chcieliśmy usiąść przy jednym większym, który stał pusty z karteczką rezerwacja. I co ciekawe nikt się nie pokazał przy nim do końca naszej biesiady.  Ale czepiam się szczegółów. Mimo malutkiego dyskomfortu z powodu połączonych stolików zabraliśmy się za studiowanie menu.


Nasz wybór padł na świeże kalmary - na przystawkę. Do tego zamówiliśmy sos tzatziki i grillowaną pitę. Porcje okazały się zbyt małe i musieliśmy domówić... W międzyczasie poczęstowano nas poczekajką – bagietką z  pastą z czarnych oliwek. Wszystko smaczne. Danie główne, półmisek grillowanych mięs, przyniósł nam do stolika sam szef kuchni, informując przy tym co zawiera płyta. Bardzo miły akcentJ.  Jagnięcina była doskonale przyrządzona i mimo mojej obawy przed nią okazała się królową dania, a reszta mięs zupełnie poprawna. Zresztą całość konsumpcji oceniam bardzo poprawnie, bez żadnych fajerwerków (oprócz wspomnianej wyżej jagnięciny). Być może moje oczekiwania były zbyt wygórowane. Naprawdę nie było się do czego przyczepić. Często tak mam, że im bardziej czegoś pragnę i wyobrażam sobie jego smak, tym bardziej jestem rozczarowana. Chyba źle podeszłam do tematu;-) Może mogliśmy wziąć inne dania i każde osobno? Może...
Cena wyszła na osobę około 100 zł z przystawką, daniem głównym i deserem.
Przy okazji kolejnej wizyty w stolicy zapewne wybiorę się do innej restauracji prowadzonej przez rodzeństwo Kręglickich, by dalej konfrontować swoje wyobrażenia i szukać kulinarnych uniesień, bo tego przecież od nich oczekuję;-)
No i marzę, że kiedyś będę mogła osobiście spotkać moje guru kulinarne;-)
















Restauracja Mimoza w Świebodzinie



W miniony weekend udaliśmy się z przyjaciółmi na obiad do restauracji Mimoza w Świebodzinie. Wiedziałam o tej knajpie od samego szefa kuchni, którego miałam okazję poznać na warsztatach, o których pisałam tutaj. Zapraszał mnie tam już w lutym, ale 40 km zimą…- jakoś niespecjalnie chciało mi się jechać. W sumie to bardzo żałuję, że wcześniej tam nie zawitałam. Było bardzo smacznie, klimatycznie, obsługa na najwyższym poziomie… Każdy szczegół jest tam tak dopracowany, że aż miło…Nie wiem, czy to tylko zasługa Patryka Dziamskiego, czy całego zespołu? Wiem jedno – czułam się tam bardzo komfortowo. Od samego wejścia  wzrok przyciągają bardzo wygodne sofy, pięknie udekorowane stoły i pianino w rogu sali – co nasuwa skojarzenie, że czasami muzyka  jest grana na żywo;-) Wszystko jest w bardzo jasnej tonacji, która naprawdę korzystnie wpływa na nasz odbiór lokalu. A potem jest już tylko lepiej;-). Oczy przykuwa ściana ze schematem blokowym doboru wina na szczególne okazje, co wywołuje u nas uśmiech i oczywiście studiowanie poszczególnych punktów degustacyjnych zajmuje nam chwilę. 

 


Pierwszym akcentem maksymy, że diabeł tkwi w szczegółach są truskawki umieszczone w kieliszkach z musującym winem. Kelnerka przyjęła od nas zamówienie i po pierwszym toaście na stół wjechała przystawka przygotowana specjalnie dla nas od szefa kuchni, tzw. poczekajka, a była to sałata z wędzoną piersią kaczki – kolejny miły akcent:-).
 

Większość z nas  zamówiła zupę rybną i bardzo fajnym pomysłem było podanie jej w dwukolorowej zastawie, panie otrzymały w białej, a panowie w czarnej. Nie wiem czy to był zbieg okoliczności? Myślę, że jednak nie;-) 



Główne dania były, jak przeczuwałam  znając Patryka, istnymi działami sztuki. I mam tu na myśli zarówno walory smakowe, jak i wizualne. Poniżej potrawy, które zamawialiśmy, czyż nie wyglądają znakomicie?
Łosoś duszony w białym winie podany na zielonej soczewicy w otoczeniu małż,


filet z dorsza przyprószony płatkami soli w towarzystwie kaszy jęczmiennej ze szpinakiem i  jabłkami. 
 


Mój talerz, który nie był tak naprawdę talerzem, a płytką łupkową, na której było skomponowane danie z karmelizowanego królika z rukolą, szynką dojrzewającą na puree kasztanowym z waniliowym fenkułem i razowymi grzankami. 

 

 Aaa i jeszcze był  filet z kurczaka na risotto grzybowym z groszkiem cukrowym. 




Jak dzieci pialiśmy zachwycając się i kosztując swoje  dania. Do tego wszystkiego wybraliśmy wytrawne wino "Białe Wspomnienie", które było dobrane przez sommeliera specjalnie do dań restauracji. Ceny w karcie  bardzo przystępne, każda zupa po 11 zł, a nasze dania kształtowały się między 21- 27 zł.
Mimo pełnych brzuchów, nie mogliśmy sobie odmówić deserów, których niestety nie udało mi się sfotografować na początku, bo byłam łakoma i chciałam kolejnych doznań smakowych…;-) Jak będziecie tam kiedyś to polecam minideser – mus truskawkowy z miętą – mówię Wam niebo w gębie;-).  
W restauracji można  również zrobić zakupy w piekarni połączonej z cukiernią, która jest  jej częścią i ma osobne wejście. Mieliśmy się tam udać  po skończonym posiłku, ale jakież było nasze zdumienie, gdy na odchodne każdy z nas dostał w prezencie po bochenku żytniego chleba.  
 


Jak widać na każdym kroku czekała na nas miła niespodzianka.  W sumie tak niewiele trzeba, żeby odbiór był taki jaki był;-) Czyli pełen profesjonalizm restauracyjny. I życzylibyśmy sobie, aby więcej było takich miejsc. Brawo dla właścicieli Mimozy, brawo dla Patryka - szefa kuchni.
Jeśli będziecie mieli okazją być w tamtej okolicy to polecam. Jest w samym środku starówki Świebodzina, tuż przy Ratuszu, w sąsiedztwie  autostrady do Berlina i głównej trasy S3 wiodącej nad morze. Podobno od połowy kwietnia będzie nowa karta dań i co bardzo ciekawe ruszają z Akademią kulinarną.
Mnie nie trzeba namawiać i chętnie będę uczestniczyć w warsztatach, które zapewne już wkrótce...

Winnica w Winnym Grodzie

 

Miałam zaszczyt po raz kolejny wziąć udział w akcji „ Blogerzy smakują”, organizowanej przez portal Uroda i zdrowie. 
Tym razem odwiedziłam restaurację Winnica przy Placu Pocztowym 17 w Zielonej Górze.
Mam miłe  wspomnienia związane z tą knajpą.  Tam odbyła się moja pierwsza romantyczna kolacja,  z jeszcze wtedy niemężem;-). Tym bardziej bardzo się ucieszyłam z takiej możliwości, bo mogłam porównać moje wcześniejsze doświadczenia z dzisiejszym obrazem. Opinie krążące w mieście są bardzo przychylne, a jakie są moje odczucia? O tym poniżej;-)
Umówiłam się na obiad z Alą, kolejny plus dla akcji, bo to już nasze drugie tego typu spotkanie;-)
Pogoda paskudna, wiatr wiał niemiłosierny i padał deszcz ze śniegiem tak, że nie mogłam zrobić zdjęć z zewnątrz.  Odłożyłam ich zrobienie na wyjście po obiedzie;-) 
Restauracja usytuowana jest  w przedwojennej kamienicy, w bardzo urokliwym miejscu, jednym z najstarszych w  Zielonej Górze.  Mieszczą się w niej 2 sale na 2 kondygnacjach. Na dolnej sali kuchnia jest otwarta. Zamierzeniem właścicieli było, żeby kucharz mógł  być  blisko osób, dla których gotuje. Towarzyszą takiemu rozwiązaniu unoszące się po sali zapachy, które jeszcze bardziej pobudzają oczekiwanie na swoje danie. 



Jeśli komuś to nie odpowiada może przemieścić się na  piętro, gdzie jest już bardziej kameralnie i intymnie. 

 
Tam też znajduje się pokoik, niezwykle klimatyczny, który można zarezerwować na spotkania rodzinne czy  biznesowe.


Klimat Winnicy przenosi nas do czasów dawnej  Zielonej Góry. Motywy winorośli umieszczone na witrażach okiennych i zdjęcia przedwojennego  miasta na ścianach potęgują to wrażenie.


Restauracja jest również przyjazna dla dzieci. W rogu dolnej sali jest kącik przeznaczony dla milusińskich, żeby nie nudziły się czekając  na przygotowywany specjalnie dla nich posiłek. 
Tu jest specjalne menu, które naprawdę jest bardzo kusząco również dla dorosłych;-): 
A teraz już o tym, co  jadłyśmy;-)
Poradzono nam, żebyśmy  usiadły  przy samej kuchni, żeby móc fotografować i obserwować nasze dania od podstaw. Kelner na sam początek przyniósł nam starter, grzanki z humusem, które pozwoliły zaspokoić częściowo nasz głód.  Teraz już mogłyśmy czekać ze spokojem na swoje zamówienie.  Na przystawkę zjadłam orkiszowe pierożki z wołowiną podane na puree z czerwonej kapusty, a Ala carpaccio z buraka podane z sorbetem gruszkowym – największe moje zdziwienie;-)


Dania główne wyglądały bardzo apetycznie. Ja zdecydowałam się na comber z królika w towarzystwie placuszków z kiszonej kapusty i z puree szpinakowym. A talerz mojej współtowarzyszki zawierał pierś z kaczki na puree z kapusty i  pieczone ziemniaczki.  Mięsa były bardzo dobrze doprawione i jakże różne od naszych domowych obiadów. Przyozdobione świeżymi ziołami i kiełkami kusiły nasze oczy. Najbardziej mile zaskoczyły mnie placuszki z kiszonej kapusty, które zapewne będę próbowała odtworzyć w mojej własnej kuchni.




 
Szef kuchni nie omieszkał spytać nas, czy smakowały nam ich propozycje? No jak nie, jak tak;-).  Byłam bardzo zadowolona ze swojego wyboru, a dopieszczone podniebienie pozwoli mi tam wrócić jeszcze nie raz:-).
Menu Winnicy jest bardzo czytelne i  dopracowane.  Właściciele poszukują lokalnych specjałów, żeby móc je zaserwować swoim klientom i to nie tylko z naszej okolicy.  W karcie znajdziemy  regionalne piwo z małego browaru w Witnicy,  czeskie piwo, przywożone z  czeskiego browaru Protivin z południa Czech i kozie sery od państwa Pazdrowskich z Borowca koło Nowej Soli. Również nie zapominając o tradycjach winnego grodu, z karty win możemy wybrać wina z Winnicy Miłosz z miejscowości Łaz koło Zaboru. 
Na portalu społecznościowym FB na bieżąco są umieszczane zaproszenia na tematyczne spotkania kulinarne w restauracji oraz informacje o zmieniającym się menu lunchowym, bo i taką formę prowadzą. Poinformowano nas również, że menu jest zmieniane sezonowo. Jak widać dbałość o klienta jest ogromna, zarówno pod względem pochodzenia serwowanych dań, jak również doboru indywidualnego każdego składnika. W dzisiejszych czasach to niestety zanikający element, a wydawałoby się, że mamy większą świadomość i powinno być to rzeczą naturalną, aby przykładać dużą wagę do tego jak i co jemy.
Wychodząc z restauracji postanowiłam zrobić jeszcze zdjęcia od strony ulicy. Jakież  było moje zdziwienie, kiedy ujrzałam tablicę o serwowanych wspaniałościach, których niestety nie widziałam w karcie menu. 



Wielka szkoda – malutki minusik, choć może to ja powinnam być bardziej uważna…. No nic przynajmniej jest powód, dla którego trzeba jak najszybciej tam wrócić;-)
Ja osobiście polecam „naszą” Winnicę. Kiedy tylko będziecie mieć okazję zaglądnijcie tam, aby pokosztować  ich specjałów, bo naprawdę warto. 

 http://urodaizdrowie.pl/wp-content/uploads/2013/09/banersmak1.jpg








Copyright © zacisze kuchenne